Skip to content

Potomkowie nazistów. Przerwane milczenie

Jak to jest być córką lub synem nazisty? Wnuczką lub wnukiem masowego mordercy? Nosić nazwisko Himmler lub Hoess i nie móc powiedzieć, że to przypadkowa zbieżność nazwisk?

Gdy rok temu wybierałam się na debatę Czy zło jest dziedziczne? Jak dzieci nazistów radzą sobie z dziedzictwem ojców?, nie sądziłam, że poprzedzający ją film Dzieci Hitlera aż tak mnie poruszy. Spodziewałam się krótkiego dokumentu wypełnionego materiałami archiwalnymi i przekazami „z drugiej ręki”. Tymczasem izraelskiemu dokumentaliście Chanochowi Ze’eviemu udało się dotrzeć do wnuczki Himmlera, siostrzenicy Goeringa, córki Goetha, wnuka Hoessa, syna Franka, którzy zdecydowali się opowiedzieć przed kamerą o tym, jak sobie radzą z przerażającym dziedzictwem ojców.

W przypadku wnuka komendanta obozu w Auschwitz kamera rejestruje nie ustną relację, lecz „na żywo” dokumentuje proces jego konfrontacji z przeszłością, towarzysząc czterdziestoletniemu Rainerowi Hoessowi w podróży do Oświęcimia. Odwiedzenie willi, w której jako dziecko mieszkał jego ojciec, jest dla Rainera Hoessa prawdziwym wyzwaniem.

Dzieci HitleraDzieci Hitlera2Z powieszonym kilkadziesiąt lat wcześniej za zbrodnie hitlerowskie  Rudolfem Hoessem teoretycznie poza pokrewieństwem biologicznym nie ma nic wspólnego. Jednak władcza postawa dziadka na historycznym zdjęciu przywołuje wspomnienie jego własnego – okrutnie bijącego go w dzieciństwie – ojca i sprawia, że historie się nakładają. Społeczny aspekt historii rodzinnej splata się z bolesnym doświadczeniem osobistym.

Wchodząc do ogrodu, w którym zrobione zostało zdjęcie dziadka, Rainer Hoess zdaje się „mierzyć” z oboma. Z widocznym oporem staje w „pozycji siły”, jaką na historycznym zdjęciu przybrał Rudolf Hoess – pochylony do przodu i oparty rękoma o murek niczym zza katedry spogląda z góry na ogród. Aż coś się we mnie wzdryga, kiedy to oglądam, a przez głowę przelatują historie z książki Alice Miller Zniewolone dzieciństwo.

Rainer Hoess nie tylko odwiedza willę, w której mieszkała jego rodzina, ale także spotyka się na terenie obozu z grupą młodzieży z Izraela. Niewyobrażalny ból i cierpienie, jakie dochodzą do głosu w miejscu kaźni, odbiera głos uczestnikom spotkania. I choć w pewnym momencie obecny na spotkaniu były więzień obozu obejmuje Rainera Hoessa, to nie ulega wątpliwości, że pojednawczy gest nie jest symbolicznym zamknięciem historii. The case is not close – jak podkreśla podczas debaty Ze’evi.

To początek pewnego etapu w przetwarzaniu traumy. Zdaniem reżysera, przedstawiciela trzeciego pokolenia ocalonych, w Izraelu dopiero teraz, ponad 60 lat po II wojnie możliwe stało się mówienie o historii inaczej niż przez powtarzanie oficjalnej wersji.Wielu ocalonych dopiero teraz jest w stanie rozmawiać z bliskimi o swoich własnych doświadczeniach. Często po raz pierwszy rodzinne historie opowiadają nie dzieciom, a wnukom. Wnuki zadają pytania na tematy, które ocaleni wobec dzieci pomijali milczeniem. Teraz milczenie zostało przerwane.

Podczas pracy nad filmem reżysera zaskoczyło podobieństwo w przetwarzaniu historii przez potomków ofiar i potomków zbrodniarzy – to, że pierwsze pokolenie nie mówiło, drugie się odcinało i dopiero trzecie podejmuje rozmowę.

Debata Czy zło jest dziedziczne. Jak dzieci nazistów radzą sobie z dziedzictwem ich ojców? odbyła się 25.04.2013 w Warszawie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego ŻYDOWSKIE MOTYWY.

Czy syn Hansa Franka czuje się odpowiedzialny za czyny ojca?
Dlaczego córka Göringa zdecydowała się na sterylizację?

W dyskusji udział wzięli: Anna Bikont, Jacek Pałasiński, Chanoch Ze’evi oraz Martin Pollack.

Ciekawy jest też wywiad z reżyserem: Wywiad z reżyserem Dzieci Hitlera, czyli spojrzeć w oczy diabłu

Wiara w swoje możliwości a „pozycje siły”

Bohaterce – a także reżyserce – filmu Dziewczynka w trampkach wiary we własne możliwości nie brakuje.  Co jednak możemy zrobić, gdy w jakiejś sytuacji nie czujemy się pewni siebie? Kiedy wydaje nam się, że to nie miejsce dla mnie, że „nie powinno mnie tu być„? Posłużyć się ciałem – odpowiada Amy Cuddy w swoim przemówieniu na TED – wystarczy stanąć na dwie minuty w „pozycji siły”. Do mnie najbardziej przemawia jej osobista historia, dotycząca wątpliwości, czy to aby nie oszustwo – polecam fragment od 15 minuty.

Właśnie trafiłam na książkę Amy Cuddy Wstań wydaną w Polsce przez Wydawnictwo Znak w 2016 roku. Ciekawe, czy pozycja zilustrowana na okładce polskiego wydania daje ten sam efekt, co ta z anglojęzycznego?

Wstań! Skuteczny sposób, by zyskać pewność siebie i stawić czoło wyzwaniom

Uśmiech zamiast krzyku

Dziewczynka w trampkachNiedawno byłam na pokazie filmu Dziewczynka w trampkach. W skrócie to historia dziesięciolatki, która żyje w Arabii Saudyjskiej i marzy o tym, by mieć rower. Film pokazuje jej konsekwentne dążenie do realizacji tego marzenia. Dziewczynka nie tylko nie zwraca uwagi na panujące w jej kraju konwenanse – w Arabii Saudyjskiej dziewczynki zgodnie z tradycją nie jeżdżą rowerami a kobiety nie prowadzą samochodów – ale znajduje sposób, by samodzielnie zdobyć pieniądze na zakup wymarzonego roweru. Jej nowoczesne spojrzenie na świat oraz poczucie własnej wartości – przeświadczenie, że w niczym nie jest gorsza od swojego kolegi – pomysłowość, aktywność i optymizm od początku zjednują jej sympatię widzów. Wadjda jest pogodna, sprytna, zaradna. Mimo niesprzyjających okoliczności wierzy w możliwość zrealizowania własnych pomysłów i „radzi sobie”.

Publiczność nagradza film oklaskami, a prowadząca pofilmową rozmowę Danuta Prochulska-Balcerzak zauważa, że  w trzyletniej historii pokazów Filmoteki Psychodynamicznej zdarza się to po raz pierwszy. Ja jednak zastanawiam się, co mi nie pozwala uznać, że ten film wyróżnia się pozytywnie w tym – złożonym z naprawdę znakomitych tytułów – cyklu. Czy to, że jednoznaczny happy end nie sprzyja dyskusji? Bo nie pozostawia miejsca na różne opcje jak w przypadku Rozstania Asghara Farhadiego czy Miłości Hanekego? Raczej nie.

Po powrocie do domu, kiedy sprawdzam w necie, czy zdjęcia do filmu rzeczywiście kręcono w Arabii Saudyjskiej, dowiaduję się, że historia jego realizacji przypomina przestawioną w nim opowieść. Wyreżyserowała go bowiem kobieta, Haifaa Al Mansour, w kraju, w którym nie ma ani kin, ani reżyserów, a filmy ogląda się jedynie w domu. Nie mówiąc o tym, że zgodnie z miejscową tradycją kobietom w ogóle nie wolno pracować razem z mężczyznami. Wow! Wyrazy uznania.

Później jednak dociera do mnie jeszcze jedna zbieżność między realiami kręcenia filmu a jego treścią. Jego reżyserka wychowała się wprawdzie w Arabii Saudyjskiej (obecnie żyje w sąsiadującym z Arabią i nie mniej konserwatywnym – jak sądzę – Bahrajnie), ale potem ją opuściła – studiowała na amerykańskiej uczelni w Kairze i uniwersytecie w Sydney, wyszła za mąż za Amerykanina i kilka lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych. Żeby nakręcić film w swoim kraju rodzinnym, musiała mocno lawirować, by nie naruszyć zwyczajów w nim panujących. Nie mogąc oficjalnie pracować z mężczyznami, część zdjęć reżyserowała z wnętrza furgonetki. Podobnie bohaterka filmu, Wadjda: w domu swobodnie ogląda zagraniczne filmy, słucha nowoczesnej muzyki, sięga po gry komputerowe, nosi dżinsy i trampki. Jednak na progu domu jej nowoczesne podejście do życia i wolność wyboru jeśli nie kończą się to zostają mocno ograniczone. Wychodząc na ulicę musi założyć tradycyjny strój, zasłonić włosy. W szkole podlega ściśle konserwatywnym zasadom, a każdy przejaw naruszenia tych zasad jest ostro karany. Wadjda przyjmuje ten stan rzeczy ze spokojem, nie przeciwstawia się, lecz stara się sprytnie omijać zakazy i po kryjomu realizować własne pomysły. Sam film jest dowodem na skuteczność tej strategii, również opowiedziana w nim historia kończy się happy endem. Ja jednak nadal mam poczucie, że nie wszystko jest takie różowe… I nie chodzi mi tylko o brak przekonania, że dalsze losy Wadjdy potoczyłyby się równie szczęśliwie, biorąc pod uwagę, że przyzwolenie społeczne na obieganie od powszechnie obowiązujących schematów przez dorosłą kobietę jest tam dużo mniejsze niż w przypadku dziecka.

W końcu zadziwiająca zbieżność motywów w różnych – pozornie zupełnie nie związanych ze sobą – filmach naprowadza mnie na to, co zakłócało mi wyłącznie pozytywny odbiór Dziewczynki w trampkach: kino (!) i rola filmów, dzięki którym widzowie poznają styl życia alternatywny wobec skostniałej, konserwatywnej obyczajowości panującej w ich społeczeństwie.
CinemaParadiso W pokazywanym wcześniej w tym samym cyklu filmie Cinema Paradiso, kino w prowincjonalnym sycylijskim miasteczku pełni tę samą rolę, co oglądane „po domach” filmy we współczesnej Arabii Saudyjskiej – przemyca obraz świata, w którym możliwe jest to, co nie jest oficjalnie dopuszczane w skrajnie konserwatywnej społeczności, czy to w bogatym nowoczesnym państwie arabskim czy też w biednym sycylijskim miasteczku w okresie powojennym. Haifaa Al Mansour tak opisuje wpływ oglądanych w dzieciństwie filmów wideo (z udziałem m.in. Jackie Chana czy Bruce’a Lee):

„Filmy te pokazały mi świat wykraczający poza moje ograniczone horyzonty. Mogłam w nich zobaczyć nie znane mi wcześniej uczucia: ludzi, którzy się w sobie zakochują lub walczą o swój kraj. Jest tyle emocji, których nie można przeżyć, dorastając w małym konserwatywnym miasteczku w Arabii Saudyjskiej, że zakochałam się w tej formie przekazu, ale o tym, że kiedyś zostanę reżyserką nigdy nawet nie pomyślałam. Po szkole zaczęłam pracować, ale miałam poczucie, że nie mam możliwości, by robić to, co mnie naprawdę interesuje. Czułam się całkowicie niewidoczna i to raczej impuls autoterapeutyczny sprawił, że zaczęłam kręcić filmy krótkometrażowe.”

Haifaa Al Mansour w wywiadzie Martina Schwickerta, Zeit Online

Podobną rolę – okna na świat kojarzony z wolnością – pełniły zresztą zagraniczne filmy w komunistycznej Polsce. O ile jednak u nas różnica między nowoczesnością i wolnością na ekranie a swobodą w życiu codziennym się zatarła, to zarówno w przypadku Arabii Saudyjskiej jak i powojennej Sycylii istnieje ogromny kontrast między światem pokazywanym na ekranie a tradycyjnym modelem życia. I nie tylko. Ogromna przepaść dzieli też miejsca, w których oglądane są filmy – czy to pomieszczenie sycylijskiego kina Paradiso czy to mieszkania prywatne, w których ogląda się filmy w Arabii Saudyjskiej – od „całej reszty”, czyli sfery publicznej: w przestrzeni publicznej na wartości przekazywane w filmach nadal nie ma tam miejsca, a ich znajomość nie przekłada się na życie. W Cinema Paradiso wygląda to tak jakby w „prawdziwym” życiu przeżywanie emocji i swobodne wyrażanie uczuć czy podążanie za własnymi marzeniami było niemożliwe. Oddany opiekun bohatera filmu – chłopca Toto – nakłania go do opuszczenia wyspy. Pragnie bowiem, by realizował on swoje marzenia, a jest całkowicie przekonany, że w jego rodzinnym miasteczku i społeczeństwie jest to wykluczone.

Bohaterka Dziewczynki w trampkach wierzy, że jest to możliwe. Jednak film Al Mansour pokazuje też bardzo wyraźnie, że droga do oficjalnego zaakceptowania zmian społecznych w Arabii Saudyjskiej jest jeszcze daleka.

Ujmujący uśmiech na dziecięcej twarzy Toto, bohatera filmu Cinema Paradiso, zdaje się przesłaniać krzywdzące go wydarzenia. A jest ich w jego życiu dużo. Mimo to film sprawia wrażenie pogodnej opowieści. Toto, podobnie jak Wadjda, jest samodzielny i pomysłowy, sprytnie radzi sobie z przeciwnościami losu. Według mnie to te pogodne reakcje, uśmiech zamiast łez i nie ustawanie w próbach radzenia sobie z trudnościami, spowodowały, że w pierwszej chwili nie dotarła do mnie tak wyraźnie drastyczność niektórych scen, jak ta, w której nauczycielka uderza główką kolegi Toto o tablicę. Dziecko nie przeciwstawia się przemocy, a świadkowie zachowują się jakby to było normalne zachowanie. Spokój i zaradność Toto w tej sytuacji odwraca uwagę od grozy tej sytuacji. Kiedy sobie to uzmysławiam, mam ochotę wołać za liderką Femenu „Nie uśmiechajcie się! Krzyczcie!”.

I to jest też to, co nie dawało mi spokoju w filmie Dziewczynka w trampkach: brak reakcji, brak sprzeciwu na przemoc stosowaną wobec niej przez dyrektorkę szkoły. Na otwarty sprzeciw nie ma jeszcze miejsca w dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jakie sankcje grożą za publiczne naruszenie norm, przekonujemy się, kiedy dziewczynka – zapewne w przypływie emocji – pozwala sobie na otwartość i szczerze przyznaje, że wygraną w konkursie recytatorskim zamierza przeznaczyć na zakup roweru. W odpowiedzi dyrektorka bezwzględnie decyduje o przekazaniu jej wygranej – bez zgody dziewczynki – na inny cel. Na to już Wadjda reakcji nie okazuje. Z trudną sytuacją radzi sobie nieujawnianiem bólu ani złości. Świadoma zagrożenia nie reaguje jak zwyczajna beztroska dziesięciolatka.

Myślę, że to te nieujawnione, nie wyrażane uczucia zranienia i złości zostały we mnie po filmie i nie pozwalały uznać go za tylko radosny i optymistyczny.

Tu jednak, mam nadzieję, dotarłam też do różnicy między sytuacją Toto a Wadjdy, bo wprawdzie żadne z nich nie wyraża swoich emocji w sytuacjach przemocy i nie ma możliwości jawnego sprzeciwu, to jednak dla Wadjdy w przeciwieństwie do Toto postawa „strażników starego porządku” nie jest czymś normalnym czy ogólnoobowiązującym. Otrzymuje też wzruszające dowody zrozumienia dla swojej postawy od innych. Wspiera ją nie tylko kolega z sąsiedztwa, ale też dorośli – mama i sprzedawca roweru. Ważne w moim odczuciu jest to, że Wadjda nie jest zupełnie osamotniona w swoim przekonaniu o możliwości realizowania marzeń tam, gdzie mieszka, i bardzo cieszę się, że Haifaa Al Mansour zrealizowała swoje marzenie i zrobiła ten film w swoim kraju rodzinnym.

Właściwie kręcenie filmu przez kobietę jest w Arabii Saudyjskiej niemożliwe. Jednak Haifaa Al Mansour dokonała tego. Jej odważna „Dziewczynka w trampkach” bardzo ją przypomina. wywiad Martina Schwickerta, Zeit Online

Czyli agresja nie zawsze jest zła?

Wczoraj napisałam posta, który doprowadził mnie do obrony agresji, do prawa jej używania w pewnych sytuacjach, a dziś trafiam na fragment o „dobrej”, „potrzebnej” czy też „sensownej” – jak kto woli – agresji w wywiadzie Pauliny Pacułek  z Małgorzatą Braunek. Punktem wyjścia jest w nim wprawdzie sfera polityki, ale moją uwagę przykuwa bardziej ogólne pytanie:

Czyli agresja nie zawsze jest zła?
Nie, nie zawsze. Nie jesteśmy w stanie pozbyć się tych uwarunkowań psychologicznych, które mamy, ponieważ one też są nam potrzebne. Wyobraźmy sobie sytuację ekstremalną: staję w obronie kogoś słabszego. Czasem nie jest wystarczająca perswazja i łagodne zachowanie. Wtedy możemy użyć swojego gniewu. Gniewu możemy też użyć na przykład w stosunku do dziecka: gdy ono przekracza jakieś granice, robi coś, co mu zagraża, bo nie jest świadome. I wtedy też można użyć gniewu czy nawet agresji. Ale trzeba to robić świadomie i ze współczuciem, bo te emocje wtedy zupełnie inaczej funkcjonują.

(…) Cały czas podkreślam to słowo: używam, a nie że to mnie używa, że wpadam w jakieś emocje, bo to bywa groźne.

Małgorzata Braunek w wywiadzie dla iwomen.pl
Sami sobie nakręcamy spiralę wrogości

Wstawiam jeszcze dwa cytaty z tego wywiadu i przyłączam się do apelu o rozmawianie i słuchanie się, nie tylko w polityce.

Pani, jako buddystce zen, agresja jest obca?

Przez bardzo wiele lat, będąc młodą osobą, byłam absolutnie przekonana, że nie mam w sobie agresji. A ona pojawiała się w taki niekontrolowany i nieprzyjemny sposób. Poprzez lata mojej praktyki odkryłam, że wszystko w sobie nosimy, wszystko w sobie mamy. Tak więc agresja nie jest mi obca, mam w sobie gniew i agresję jak każdy, ale one mną nie rządzą, są tylko narzędziami, które umożliwiają radzenie sobie w określonych sytuacjach. (…)

Dużo czasu zajęło Pani nauczenie się kontrolowania swoich emocji w taki sposób?
Nie, nie, tu nie chodzi o kontrolowanie, bo posiadanie silnej kontroli może powodować tłumienie. A tłumione emocje dewastują otoczenie i nas samych. Dochodzą do głosu poprzez bardzo wielką frustrację, nagłe wybuchy.

Tak, świadome korzystanie ze swojej siły to nie to samo, co stosowanie przemocy, a obrona to nie to samo, co atak. Tyle, że nie są to wcale pojęcia czy zjawiska rozdzielne. Może dlatego całkowite rezygnowanie ze stosowania siły wcale nie jest idealnym rozwiązaniem, nie mówiąc o zastępowaniu przemocy fizycznej psychiczną jak nie jawnie agresywne zachowania jak w filmie Gra, które bywają jeszcze trudniejsze do zniesienia, utrudniają ofiarom jej rozpoznanie i obronę.

Mówisz jakby nic się nie stało

GRA_1Pierwsza scena filmu Rubena Östlunda GRA: dwaj chłopcy rozmawiają w centrum handlowym.

– Cholera! – mówi bez emocji pierwszy z nich.
– Co jest? – pyta drugi.
– Zgubiłem część kasy.
– Część? Ile?
– 500 koron. – pada spokojnym głosem odpowiedź.
– 500 koron?! – podnosi głos pierwszy. – Mówisz jakby nic się nie stało.
A co mam robić?
Przejąć się. Nawet się nie zmartwiłeś.

„A co mam robić?” pyta nasz bohater. Co ma robić grzeczny, dobrze wychowany chłopiec ze Szwecji, kiedy straci sporo pieniędzy? Przecież nie denerwować się. Wyrażanie negatywnych emocji, gniewu, złości, niechęci zdaje się być w Skandynawii bardzo napiętnowane, a jakakolwiek agresja (może poza sportem?) niedopuszczalna wśród ludzi „na poziomie” – takie zachowania są zarezerwowane dla marginesu, którego filmową ilustrację stanowi ekipa wkraczająca do autobusu i sprawnie rozwiązująca swój problem przy użyciu kijów bejsbolowych. Mit Janosika i Robin Hooda chyba tam nie króluje.

Problem tylko w tym, że poza tymi dwiema postawami nie ma w tym modelu innych opcji. Albo w pełni wyrzekam się emocji, agresji, złości, albo wolna amerykanka i wypadam poza nawias społeczny. No i w tym, że model „poprawnościowy”, postępowanie zgodnie z regulaminami i zasadami, nie sprawdza się w stu procentach. Nie daje rozwiązań w sytuacjach, gdy „ogólnie przyjęte normy” zostają naruszone. Jest ok. tylko pod warunkiem, że wszyscy tych norm przestrzegają, a gdy zdarzy się tak, że ktoś/jakaś grupa zechce te zasady ominąć bądź złamać, to „kodeks” nie daje odpowiedzi i obywatel staje się bezradny. Kobieta, która zachowanie ojców okradzionych chłopców wobec młodocianego ciemnoskórego agresora uważa za niewłaściwe (bo siłą odbierają mu jego komórkę) zwraca się do jednego z nich, mówiąc:  „Proszę podać numer telefonu. Zawiadomię policję”. Jakoś trudno mi uwierzyć w skuteczność takich interwencji.

W lepszym_swiecieJeszcze wyraźniej moim zdaniem taka wykluczająca wszelkie negatywne emocje i agresję postawa (i jej nieskuteczność w wielu sytuacjach) przedstawiona została w innym skandynawskim filmie – W lepszym świecie. W filmie duńskiej reżyserki, Susanne Bier, ojciec również prześladowanych przez starszych kolegów chłopców „tłumi swoje emocje, by postępować właściwie” jak można przeczytać w opisie filmu. Zaatakowany przez dorosłego w obecności syna i jego kolegi, nie reaguje w myśl zasady, by nie odpowiadać agresją na agresję.

– Nie zamierzasz nic z tym zrobić? – pyta syn.
– A niby co mam zrobić?
– Mógłbyś mu oddać (…). Boisz się?
– (…) Nie można tak po prostu bić ludzi. To nic nie daje. Jak wyglądałby ten świat. On jest dupkiem, a gdybym go uderzył, byłbym taki sam.

To samo, tylko grzeczniej, mówi kobieta interweniująca w filmie Gra: „Panowie zrobili to samo z tymi młodymi imigrantami.” Dla mnie to nie to samo – bić ludzi „tak po prostu” a użyć siły w obronie. Mnie taki model wychowawczy i wzorzec postępowania oparty na nadstawianiu drugiego policzka, nie przekonuje. Bo może i sprawdza się wśród zdrowych, dorosłych, wyrośniętych Skandynawów, ale w przypadku ich synów, atakowanych przez większych i silniejszych od siebie, ich całkowite poddanie, nie przeciwstawianie się prześladowcom – plus brak pomocy z zewnątrz – zdają się wręcz zachęcać do działania czy nasilać przemoc napastników, wcale nie rozwiązują konfliktów.

Dużo bardziej przemawiają do mnie zachowania tych osób, które dają jasno wyraz swojemu sprzeciwowi wobec przemocy. W Grze jeden z chłopców w pewnym momencie przestaje słuchać poleceń agresorów, mówi ‚nie’ zakamuflowanej przemocy, jakby odmawiał udawania, że wszystko jest w porządku. W filmie Susanne Bier jest natomiast scena, moja ulubiona, w której do szpitala w afrykańskim obozie dla uchodźców przywożą brutalnego oprawcę-gwałciciela, a nasz utlrapozytywny bohater ze Skandynawii postanawia jako lekarz udzielić mu pomocy i gotowy do przeprowadzenia operacji wyciąga rękę po narzędzia chirurgiczne. Nie doczekuje się jednak, odwraca się i widzi rząd celowo niereagujących pielęgniarek. „Stanęły za sobą” i „dały wyraz swoim przekonaniom”, że gwałcący dziewczynki i rozcinający maczetą swoje ofiary zwyrodnialec nie zasługuje na pomoc świadków jego brutalnej przemocy.

Nie jestem za odpłacaniem oko za oko, czy też „z naddatkiem”, ale uważam, że ofiary przemocy, osoby wykorzystane i skrzywdzone mają prawo do swoich uczuć i do ich wyrażania. Uważam też, że osoby atakowane mają prawo się bronić.

I o ile dochodzenie sprawiedliwości poprzez odebranie siłą komórki złodziejowi również mi wydaje się sprawą kontrowersyjną, to jednak zupełny brak reakcji ze strony zwykłych ludzi też nie jest według mnie rozwiązaniem. Bierność pasażerów i innych dorosłych świadków przemocy oraz osób, do których chłopcy z filmu Östlunda zwrócili się o pomoc, jest przerażająca. Moim zdaniem jeśli ktoś silniejszy bije, wyzywa, okrada czy w inny sposób używa przemocy wobec słabszego, to nie czekając na policję czy inne „odpowiednie służby” nie tylko mam prawo, ale obowiązek mu pomóc. A jeśli nie czuję się na siłach, to tę pomoc wezwać.

Nie wszystkie sytuacje są tak jednoznaczne, ale po filmie Gra zaczęłam się zastanawiać, jak daleko można zajść w niestosowaniu siły. Czy nie chcąc używać siły mam nie złapać za rękę złodzieja, kiedy kradnie mi rower? Bo to naruszałoby jego nietykalność cielesną? Rozumiem, że jeśli staruszka za mocno przywali laską złodziejowi i go uszkodzi, to będzie odpowiadała za napaść (czy inny paragraf), ale jeśli jedno dziecko pobije lub okradnie drugie, to ja mam pozwolić mu uciec czy też wolno mi go złapać i przytrzymać do przyjścia policji? Nie wiem, jak to rozwiązuje prawo. Ale wiem, że mojemu dziecku daję pełne prawo, by się broniło. Sama też nie mam, co do tego wątpliwości. I głośno wyrażać, kiedy coś mi się nie podoba, sprzeciwiać, kiedy coś mnie rani, protestować i interweniować, kiedy widzę coś złego, nie zostawiać wszystkiego jakimś „służbom”.

A wszystko to zaczyna się dla mnie od uważności na własne emocje – i to nie tylko wybrane. Jednym słowem wracając do początkowego pytania, a co mam robić, możemy posłużyć się odpowiedzią z filmu, czyli przejąć się, zmartwić się, jeśli spotkało nas coś przykrego, nie odcinać się, nie ukrywać tych nie tak „mile widzianych” przez innych emocji, a także zauważania różnych emocji i intencji u innych. Warto odróżniać moim zdaniem autentyczne zachowania od odgrywanych ról.

Jakby nic się nie stało. Zbiorowe wyparcie

Opisani we wspomto-nie-mogo-sie-zdarzycnieniu przytoczonym w artykule Marcina Kąckiego świadkowie molestowania przez dyrygenta jednego z chórzystów, nie reagowali na przemoc mimo, że widzieli, co się dzieje. Zachowywali się jakby nic się nie stało. Tak określiła podobne zachowanie Jessica Stern w książce To nie mogło się zdarzyć. Opisuje w niej historię gwałtu, którego – wraz z siostrą – stała się ofiarą w wieku 15 lat. 35 lat później, wykorzystując swoje profesjonalne umiejętności – zawodowo zajmowała się wyjaśnianiem zachowań terrorystów – postanowiła zbadać również motywy działania sprawcy przemocy wobec niej.

„Historia okazała się znacznie wykraczać poza gwałt na dwóch dziewczynkach. Wydawało się, że cała społeczność wypierała pewne fakty, nie chciała przyjąć ich do wiadomości. Policja prowadziła śledztwo pobieżnie. Szybko zarzucono tę sprawę. Nie uwierzono mojej siostrze i mnie, gdy twierdziłyśmy, że nie znałyśmy wcześniej sprawcy. W Concord w stanie Massachusetts w 1973 roku gwałt z bronią w ręku był czymś niewyobrażalnym. Wyparcie, jak się przekonałam, jest niezwykle pociągające. Poddają się temu świadkowie, którzy chcą żyć dalej, jakby nic się nie stało. W chwili grozy wyparcie i dysocjacja[2] mogą ofierze uratować życie. Na dłuższą metę wyparcie pewnych wspomnień z pamięci bywa jednak niebezpieczne. W tym przypadku fakt, że cała społeczność nieświadomie broniła się przed przyjęciem do wiadomości owych zdarzeń, zaowocował kolejnymi, nie mniej niż czterdziestoma czterema, gwałtami na dzieciach oraz samobójstwem co najmniej jednej ofiary. (…)

Książka jest relacją ze śledztwa mającego na celu rozwikłanie niegdyś zaniedbanej sprawy, a także rezultatem mego własnego dochodzenia, jak sprawca stał się gwałcicielem i pedofilem oraz dlaczego pojawiły się u mnie symptomy zespołu stresu pourazowego. To badanie własnej przeszłości było o wiele bardziej przerażające niż wywiady z terrorystami.”

Przedmowa To nie mogło się zdarzyć, Jessica Stern

Dla mnie jednak opowieść Jessiki Stern jest nie tyle historią gwałciciela, co niezwykle autentyczną relacją z procesu odzyskiwania (po kilkudziesięciu latach!) wspomnień i emocji powiązanych z traumatycznymi wydarzeniami. Piszę wydarzeniami, a nie jednym zajściem, ponieważ analizując spisane w wieku piętnastu lat zeznania, autorka zwróciła uwagę na to, że już wówczas – w odróżnieniu od swojej siostry – zachowywała się nietypowo, nie przeciwstawiała się, nie krzyczała, lecz posłusznie wykonywała polecenia napastnika, i doszła do wniosku, że mogło to nie być jej pierwsze doświadczenie związane z przemocą.
Uderza mnie w tym zbieżność z zachowaniem katowanego przez macochę chłopca opisanego przez Szczygła w artykule o znaczącym tytule Śliczny i posłuszny. Bity chłopiec nie krzyczał. Gwałcona dziewczyna „była cicho”. „Gdy życie jest w niebezpieczeństwie, oddzielenie myśli od uczuć może być kluczowe dla ocalenia” – pisze Stern.

„Tak myślę, czytając zapiski sporządzone dla policji, gdy miałam piętnaście lat, zaraz po tym, jak zostałam zgwałcona. Byłam grzeczną dziewczynką. Zawsze grzeczną dziewczynką, nawet, gdy byłam niegrzeczna. Odrabiałam lekcje.

Jeśli tylko będę wystarczająco grzeczna, ktoś w końcu zauważy moje nieustanne dążenie, usilne starania, by być grzeczną. Tak jest także dzisiaj.

Wiem, co znaczy być grzeczną. Być grzeczną znaczy nigdy nie okazywać strachu. Być grzeczną znaczy nie skarżyć się na rzeczy, których nie można zmienić, jak obecność w domu obcego, uzbrojonego mężczyzny, który zakazuje krzyczeć. Jasne, że nie będę krzyczeć, nie krzyczałam wtedy, nie będę krzyczeć teraz, na pewno nie ze strachu przed własnym bólem. Nie byłam jedną z tych rozhisteryzowanych dziewczynek, przerażonych i krzyczących, gdy „wszedł mężczyzna” czy „pokazał nam pistolet”. Wiedziałam, że jeśli będę niegrzeczna, jeśli okażę przerażenie, zabije mnie. Wiedziałam już wówczas, jak przyjąć lęk w moje ciało — własny i innych — by wyglądać na spokojną i odważną.

— kazał spojrzeć w dół

Jasne, że patrzyłam w dół, a nie na jego twarz. Wnet pojęłam reguły — nie patrzeć, nie histeryzować, nie wykonywać gwałtownych ruchów, przeżyć. Patrząc tam, gdzie kazał. (…)

— Bądźcie cicho — powiedział. — Jeśli powiecie choćby słowo — ciągnął — zabiję was.

Byłam cicho.”

To nie mogło się zdarzyć, Jessica Stern
Fragmenty książki dostępne na stronie e-publio.

Czytając swoje zeznania, Jessica Stern z zaskoczeniem odkryła własną uwagę wyjaśniającą zachowanie podczas gwałtu tym, że potrafiła odciąć się od emocji, i doszła do wniosku, że prawdopodobnie umiejętność „wyłączania” emocji w sytuacji zagrożenia posiadła już wcześniej. Docieranie do tego, co to mogły być za zagrażające sytuacje, w jakich okolicznościach mogła nauczyć się takiej umiejętności oraz konfrontowanie się z trudnymi wspomnieniami i emocjami to według mnie właściwy temat jej książki, dojmująco szczere świadectwo przechodzenia od zrozumienia, przyjęcia do wiadomości pewnych wydarzeń na poziomie intelektualnym do przyjęcia i przeżycia ich także na poziomie emocjonalnym i doświadczenia związanych z nimi odczuć bólu i strachu.

Wszyscy to widzieli. Nikt nie reagował

Przeczytałam właśnie artykuł Marcina Kąckiego
Aniołek dla maestro (MaestroWyborcza, 9-11.11.2013), będący fragmentem jego książki o dyrygencie pedofilu i zmowie milczenia wokół – trwającego 40 lat! – wykorzystywania seksualnego dzieci w chórze Polskie Słowiki. Po ujawnieniu sprawy molestowania Kącki przez dziesięć lat starał się wyjaśnić, jak to możliwe, że proceder trwał tak długo i dlaczego nikt nie reagował. Choć wszyscy to widzieli.

„Wszyscy to widzieli, cała starszyzna. Kurczewski też. Zaczął głaskać mnie po szyi, po plecach. Co czułem? Nie wiem. Nie pamiętam, czy zadawałem sobie pytanie, co to znaczy, że mnie, dziesięciolatka, obcy mężczyzna bierze na kolana i pieści. Ale skoro wszyscy to widzieli i nie reagowali, pewnie uznałem, że to normalne.”

Tak opisuje swoje doświadczenie jeden z molestowanych.

„Tylko koledzy krzyczeli: ”Lizus!”. A starsi kpili: ”Jest nowa ofiara!”. Nie rozumiałem, o co im chodzi. W autokarze było 20, może 30 dzieci, dorośli śpiewacy, szkolni nauczyciele śpiewu, kierowca, który jeździł z nami kilkanaście lat. Musieli widzieć ten taniec godowy wokół mnie. Nie byłem przecież pierwszy. Spaliśmy w hotelu. Krolopp przyszedł do mnie wieczorem. Niby sprawdzić, czy śpię w majtkach pod piżamą. Potem wszedł ze mną pod prysznic. Jakby nigdy nic, jakby to wszystko było absolutnie naturalne. Ale po powrocie do domu dostałem gorączki. Rodzice zabrali mnie do lekarza. Stwierdził, że to na tle nerwowym. Czy powiedziałem rodzicom? Nie. Wstydziłem się, choć czułem, że coś jest nie tak. Ojcu bym i tak nie powiedział. Mama? Nie chciałem jej sprawić zawodu.”

Bardzo porusza mnie i brak reakcji osób, które mogły pomóc dziecku, mogły przeciwstawić się przemocy, a nie zrobiły tego, i to, jak głębokie konsekwencje ma to, że nikt nie interweniował. Brak kogokolwiek, kto zło nazwałby złem i zaprotestował, sprawiło, że chłopiec pomyślał, że to może być w porządku, skoro nikt nie reaguje. Mocno przemawiający do mnie przykład na to, jak ważne jest by reagować, żeby znalazła się choć jedna osoba, która nie będzie zaprzeczała, że dzieje się czy też stało się coś złego. „Bo molestowanie jest bardzo szczególną traumą” – jak tłumaczy w wywiadzie dla Krytyki Politycznej Joanna Szczepkowska:

„Dziecko często nie wie, co mu się właściwie zdarzyło. Wie, że coś przeżywa, bardzo mocno, ale nie wie, dlaczego tak to przeżywa. Myśli: „A może to jest tylko tak, jakbym upadła i poharatała sobie kolano?”.

Zło rodzi się w milczeniu. Cykl reportaży gazety o tym tytule przyczynia się, mam nadzieję, do przełamywania zmowy milczenia wokół przemocy, której bywamy świadkami. Liczę na dyskusję o tym, kiedy i jak reagować na przemoc. Brakowało mi tego wątku w głośnej dyskusji wywołanej artykułem Mariusza Szczygła Śliczny i posłuszny, w którym przypomniał on sprawę zabójczyni sześcioletniego chłopca. Burza wokół faktu, że po 30 latach od dokonania zabójstwa osoba ta mogła legalnie pracować w szkole i być ekspertem MEN, przesłoniła moim zdaniem ważniejszy aspekt tej sprawy, czyli to, dlaczego nikt wtedy nie zareagował, i co można zrobić w takiej sytuacji dziś. Książka Kąckiego ma podtytuł Historia milczenia, archiwalny artykuł o zabójstwie dziecka na Żoliborzu zatytułowany jest Gdybyśmy krzyczeli.

Fragment książki Maestro dostępny do pobrania na e-publio.